Nie rób śmietnika ze swojego brzucha

Czekoladka, cztery chipsy, banan, dwa plasterki salami z keczupem, pięć orzeszków pistacjowych, pół pączka, dwie łyżki sałatki jarzynowej, pół szklanki coli – tak przeciętny Polak traktuje swój brzuch między posiłkami. Gdyby wrzucać to nie do ust, a do śmieci, składniki te zrobiłyby mało apetyczne wrażenie. Dlaczego traktujemy swój brzuch jak kontener na odpadki?

Nieustannie słyszę w tramwaju, na ulicy, w sklepach, że ludzie są przemęczeni, ciągle chce im się spać, czują się ociężale i nie mają na nic ochoty. No, cóż – trudno, żeby tryskali energią, jeśli noszą pod sercem, pod skórą, śmierdzący śmietnik. Jeżeli wciąż masz ochotę podjadać między posiłkami, oznacza to, że Twoje posiłki nie dostarczają Ci wystarczającej energii i składników odżywczych. Organizm domaga się o swoje, a Ty go zarzucasz odpadkami cukrowymi i wątpliwej jakości przetworami mięsopodobnymi.

Robaki w brzuchu i śmietniku

Zwykle na tapetę trafiają słodkie i słone przekąski, które są produktami zakwaszającymi organizm. Jednocześnie słodycze i paluszki to idealne podłoże do rozwoju… robaków. Dlatego większość osób otyłych zmaga się z tymi małymi kreaturami, które sieją spustoszenie w ich organizmach. Mowa o owsikach i innych glistach. Brzydzi Cię to? Ale nie ma w tym nic nadzwyczajnego. W kontenerach też rozwija się robactwo. Skoro traktujesz swój brzuch jak śmietnik, nie ma powodu, by ten zachowywał się inaczej niż go oceniasz.

Brzydki zapach z kontenera

Zapach sfermentowanych śmieci nie należy do najprzyjemniejszych. Osoby, które pochłaniają różnego pochodzenia resztki, które mają różnego pochodzenia półstrawione resztki w brzuchu, też cierpią na problem brzydkiej woni z ust. Żadne odświeżacze do ust nie pomogą, jeśli nie zostanie zastosowana odpowiednia dieta.

Brzuchośmietnik a otyłość

Niektóre otyłe osoby narzekają, że jedzą dietetyczne śniadania, obiady i kolacje a mimo to nie chudną. Ja im nawet wierzę. I jestem przekonana (nie tylko ja – lekarze również), że ich nadwaga wynika właśnie z podjadania między zdrowymi posiłkami. To się wydaje takie niewinne – czekoladka na boku, chips w poczęstunku od kolegi… A jednak tymi pierdółkami można nawet podwoić spożywaną dziennie liczbę kalorii.

Po co to mówię?

Nie jestem święta, też czasem podjadam kostkę czekolady, wmawiając sobie, że to tak mała forma jedzenia, iż na pewno nie da się od niej utyć. Ale staram się zachowywać zdrowe proporcje i – przede wszystkim – daję czas swojemu ciało na to, aby zdążyło strawić podawane przeze mnie pokarmy. Zauważyłam, że duża część osób z nadwagą nie zauważa tego problemu w ogóle i pozostaje bezradna wobec braku efektów stosowanej diety.

Chętnie usłyszę, jak u Was wygląda podjadanie i jakie macie na to sposoby.

Życzę udanego weekendu,

Karolina

Woda, woda i jeszcze więcej wody

Chociaż lekarze bombardują nas z każdej strony informacją, jak ważne jest picie wody, wielu wciąż wydaje się, że to jakaś wielka ściema. Niby dlaczego nie wystarczy herbata? „Nie jestem zwierzęciem, żeby pić wodę”.

To nie ściema. Zrobiłam dosyć bolesny, przymusowy eksperyment. Wyszedł przypadkiem i go nie polecam ;) Przez 4 dni piłam zaledwie dwie szklanki wody dziennie. Poza tym pragnienie zaspokajałam herbatą i kawą. Efekt? Po 8 godzinach pracy czułam się jak flak. Byłam cały czas głodna, a jednocześnie czułam się ciężko. Po powrocie do domu nie miałam siły ruszyć ręką i nogą. Trening? Dobry żart. Jedyne, na co miałam ochotę to obejrzenie filmu albo i to nie, tylko hop do wyrka. Po trzecim dniu (przymusowego, powtórzmy) eksperymentu zauważyłam, że rano wyglądam źle. Nie, żebym codziennie budziła się piękna jak Arielka, ale moja cera zaczęła wyglądać bardzo staro. Miałam nawet worki pod oczami a to nie zdarza mi się prawie nigdy. Po czterodniowym teście wróciłam do dawnych przyzwyczajeń. W tym czasie piłam 2-2,5 litra wody mineralnej niegazowanej dziennie. Do tego jedna szklanka zielonej herbaty i dwie filiżanki kawy. Możecie mi nie wierzyć, bo i jaki powód macie, by mi ufać. Ale po pierwsze – natychmiast poprawiła mi się przemiana materii. Po drugie – po wysprzątaniu całego domu, zredagowaniu trzech artykułów, wyprowadzeniu psa na spacer (amstaffy lubią biegać) i ugotowaniu obiadu nie walnęłam się na kanapę. Poczekałam, aż mój luby wróci i jeszcze zagoniłam go na trening, który poprowadziłam sama. Po co ta opowieść? Przekonałam się na własnej skórze, jak bardzo ważne jest uzupełnianie płynów w organizmie. Próbuję sobie wyobrazić, co musi dziać się z ciałem, którego właściciel dzień w dzień zapomina o nawadnianiu przez tydzień, miesiąc, rok, 10 lat. Taki organizm musi być na skraju wycieńczenia. Nic dziwnego, że tyle osób wciąż nie ma na nic siły.

Szczerze mówiąc, jestem jedyną znaną sobie osobą, która chodzi ciągle z 1,5-litrową butelką wody w torebce. Nie wyobrażam sobie inaczej. Odruchowo co 20 minut sięgam po łyk mineralnej. Nauczyłam też tego swojego chłopaka, który przyznaje, że nie wie, jak funkcjonował wcześniej bez butelki wody pod ręką. Co więcej, spotkałam się z bardzo dziwną sytuacją. Mój bratanek wrócił z przedszkola twierdząc, że boli go brzuch i źle się czuje. Okazało się, że cały dzień (około 5 godzin) nic nie pił. Nauczycielka nie pozwoliła dawać dzieciom nic do picia. W przedszkolu nie było żadnej wody, nic. Dopiero dzieci, które poszły na obiad (mój bratanek nie chodził) w stołówce dostały szklankę kompotu. Sytuacja powtórzyła się na wycieczce z przedszkola. Dzieci pojechały z paniami na starówkę i przez bite 4-5 godzin nie mogły nic pić, żeby… nie chciało im się do toalety. W jakim ogonie za Europie jest Polska z edukacją, skoro nawet nauczycielki nie znają podstaw dbania o zdrowie?

Dziewczęta. I chłopcy. Pijcie wodę. Dla swojego dobra.

Pozdrawiam,

Karolina

PS Już jutro wrzucę jeszcze krótszy trening  od ostatniego – dziesięciominutówkę. Zapraszam!

Jak jeść mniej słodyczy?

Zanim usiadłam do tego tekstu, zjadłam dwie kostki czekolady z orzechami. Wychodzę z założenia, że osoby bezdzietne nie powinny doradzać matkom, jak zajmować się maluchem; nie na miejscu jest też, by starzy kawalerowie uczyli narzeczonych o pożyciu małżeńskim.

Uwielbiam słodycze, szczególnie czekoladę i nie chcę bez niej funkcjonować. Może mogę. Ale nie chcę. Wiem za to, że ze względu na zdrowie i sylwetkę, muszę panować nad ilością spożywanych słodyczy. Przedstawiam Wam moje sposoby na jedzenie mniej cukierków, czekolady, paluszków, orzeszków, pralinek…

1. Pij herbatę po obiedzie

Wracasz do domu głodna jak wilk. Nakładasz sobie mielonego, ziemniaczka, surówkę. Najadasz się, ale po posiłku nadal brak Ci tego czegoś, kropki nad i, wisienki na torcie…. Aha! Na torcie! Lecisz do lodówki ukroić sobie kawałek ciasta. W ten sposób, nie wiadomo kiedy, dodajesz do każdego swojego obiadu – statystycznie – około 200 kalorii, czyli dokładnie tyle, by systematycznie tyć 3 kilogramy miesięcznie. Najlepszy sposób na uniknięcie objadania się słodkimi rzeczami po obiedzie to wypicie tuż po posiłku dużej szklanki gorącej herbaty. Pamiętaj, że uczucie sytości pojawia się dopiero około 20 minut po posiłku. Przeczekasz najgorsze, pijąc napar. Po herbacie pokusa na deser diametralnie się zmniejszy lub nawet zniknie w ogóle.

2. Zrób sobie 3-dniowy detoks

Im więcej słodyczy jesz, tym więcej ich chcesz zjeść. To jest proste prawo, słodycze uruchamiają podobne obszary w mózgu, co narkotyki. Może się okazać, że jeden z kolejnych michałków będzie Twoim złotym strzałem. Tak, to nie jest śmieszne: cukier prowadzi do cukrzycy, chorób serca i układu krążenia. Przestanie Cię skręcać na widok słodyczy, jeśli zrobisz sobie trzydniowy detoks. Zero cukru w herbacie, kawie, żadnych słodyczy. Odcukrzysz swój smak i organizm. Zapewniam Cię, że jeśli po 3 dobach sięgniesz po czekoladkę, zdziwisz się, że jest taka… słodka. Nie martw się, że nie dotrwasz. W 3-dniowym detoksie najgorsze są pierwsze 3 dni.

3. Znajdź nowe nawyki

Odpalasz na laptopie Big Bang Theory, szykujesz pod ręką szereg kasztanków (i nie chodzi o te z placu Pigalle). Oglądasz serial i wcinasz, chrupiesz, mlaskasz. Brzmi znajomo? Dlaczego jesz słodycze przed laptopem/telewizorem? Dlaczego każdego to kusi? Bo się do tego przyzwyczailiśmy. W trakcie seansu atakowany jest nasz zmysł wzroku i ciało naturalnie dopomina się o aktywację innego zmysłu – najlepiej smaku. Słodycze przychodzą nam więc mimowolnie. Wyucz się nowego nawyku. Zamiast pochłaniać michałki, jaśki i alfonsów, pij wymyślną herbatę, najlepiej przez słomkę. Czarna herbata o smaku cynamonu, wina, pomarańczy, czekolady, wiśni – wybór jest naprawdę spory. Zajmiesz czymś ręce i usta i przestanie ciągnąć Cię do słodyczy. To bezbolesny sposób na ograniczenie spożywanej liczby kalorii dziennie.

4. Kup wafle ryżowe

Kup paczkę wafli ryżowych i trzymaj je razem ze słodyczami. Za każdym razem, kiedy nie będziesz pewna, na co dokładnie masz ochotę i zaczniesz się kręcić w okolicy czekoladek, sięgnij najpierw po wafla. Pochrupiesz, zmienisz smak i przejdzie Ci ochota na opałaszowanie paczki cukierków.